*
Dzień dobry.
Literki złożą się dziś w słowa, słowa natomiast w zdania i tak oto powstanie ten oto tekst jednolity (nie mylić z ustawą).
Jeżeli ktokolwiek powiedziałby mi, że sprawy się potoczą tak, jak się potoczyły, to sugestywnie popukałabym się w czoło. Bo to wszystko dziwne jest.
Ale no od początku.
W wakacje dużo się nauczyłam. Między innymi, że jak się dużo denerwuje, to można dostawać zawału serca wcale go nie dostając. Znaczy się czuć zawał, ale tak naprawdę go nie mieć. Miotanie się serca, drętwienie kończyn, duszenie się, uczucie omdlewania. Tak tak, to wszystko potrafią zdziałać nerwy. Na szczęście da się to leczyć. Lekami. Z długą ulotką. Jadłam te leki posłusznie. Działały, ale na początku miały skutki uboczne. Musiałam sobie powtarzać co jest prawdziwe, a co nie. Na przykład: mama- prawdziwa, smerfy-nieprawdziwe. Brzmi to zabawnie, ale zapewniam, że wtedy nie było mi do śmiechu. Jedyny miły skutek uboczny- brak łaknienia. Siedem kilo mniej. Siedem gramów mózgu mniej. Siedem uczuć mniej. Siedem grzechów głównych mniej.
Ze strachu przestałam palić. Jeden atrybut kobiety fatalnej mniej. Pić zresztą też, ale to nigdy nie było jakąś przesłanką ikony.
Należało przestać się denerwować. Łatwo powiedzieć.
Naprawdę dużo dała mi końcówka wakacji. Zlot SGW, potem Polcon. Jakieś przelotne spojrzenia, uśmiechy, czułości. Ciemne oczy. Odżyłam, za to dziękuję.
I znowu inne ciemne oczy. Które nigdy nie traktowały mnie na poważnie. Kimkolwiek bym nie była, nawet sobą. Jakkolwiek nie tańczyłabym na linie. No nic, po prostu nic. Nie jestem brzydka, nie jestem pryszczata, nie jestem denerwująca ani nudna. Nie należę więc do tych oczu.
I pewnego dnia jesienią, kiedy to sobie lawirowałam pośród wielu ciemnych oczu, spotkałam ciemne oczy czułe. Ciemne oczy skromne, śmiejące się i szczere. Ojej.
Nie jestem kobietą fatalną. Ale dobrze gotuję i lubię grać w gry komputerowe.
Nauczyłam się mówić miłe rzeczy, dbać o drugą osobę, rozmawiać. Nie denerwować.
Oby jak najdłużej. Złe demony a sio a sio.
A sio.
Na pewno kogoś zabito o 23:49:31 2008-04-16 skomentuj (1)
*
Wreszcie mam czas żeby czytać książki, Boże najsłodszy, jakie to cudowne uczucie. Dopiero teraz czuję jak mi ich brakowało, jak starych przyjaciół. Gdyby nie parę dobrodziejstw z Arką na czele, mogłabym śmiało powiedzieć, że nienawidzę komputera. Bo to źródło większości moich kłopotów. Oczywiście, nie mogę na niego zwalić np mojej awersji do mleka czy ananasów, ale nie jest ona na tyle męcząca żeby z tego powodu zamykać się w pokoju, wpieprzać płatki kukurydziane prosto z pudełka i mieć przeświadczenie, że zaraz wpadną do niego Bośniacy, rozstrzelają mnie a ciało zostawią na pastwę owczarków alzackich.
W komputerze siedzą źli ludzie, którzy wciągają cię do niego przez ekran. Niewidocznie dla otoczenia, zasysając duszę. Fe, paskudztwo.
A książki szeleszcząc cudownie, pachnąc to świeżym papierem i farbą drukarską, to brązowymi kartkami raczej dają niż biorą. Opowiadają historie i chociaż mówią przez cały czas, wcale nie ma się wrażenia, że są egoistyczne.
Czuję się jakbym odkrywała rzeczy oczywiste dla innych ludzi.
Ale co tam.
Ostatnio mam wrażenie, że mimo wszystko mogę jednak uchodzić za osobę normalną. Coraz mniej paranoicznych ataków paniki. Im więcej pracy naokoło, tym czuję się lepiej. Kto by się spodziewał!
Lubię chodząc co rano do prokuratury na ulicę Chmielną przecinać przez plac Litewski i karmić tam ptaki paskudnymi kanapkami, które robi mi matka. Nigdy nie mam zamiaru jeść tych kanapek, ale głupio byłoby mi jej o tym powiedzieć. Więc chodzę i karmię. Gołębie i wrony. Ale wrony lubię bardziej. Szczególnie taką jedną małą, która nie ma siły przebicia jeżeli chodzi o podbieganie do mojej paskudnej kanapki. Zawsze rzucam kawałek specjalnie w jej stronę. Niech rośnie, malutka. Potem gnojkom nadziobie.
Kocham ptaki, bo uosabiają dla mnie wolność ducha, o której zawsze marzyłam. Gdybym miała być zwierzęciem chciałabym być ptakiem. Najlepiej krukiem.
A prokuraturę też lubię. Pachnie tam kawą i okładkami akt. Teraz już wiem, że będę się starać, żeby trafić tam na stałe. Będzie to wymagało dużo pracy, ale hej, praca to świetna rzecz. Bezczynność to zło w czystej postaci.
Uciekam do moich książek. Czytać, czytać aż usnę. A potem obudzić się. Obudzić się i pomyśleć „Cholera, jak to fantastycznie mieć przed sobą nowy dzień.”
Ćwir ćwir. Na pewno kogoś zabito o 22:41:30 2007-07-07 skomentuj (6)
*
Zadziwiające jak wiele człowiek może znieść, jakże do wielu rzeczy może się przyzwyczaić. Do bólu, wewnętrznego czy zewnętrznego, kłótni, wyzwisk, choroby. I pomiędzy gorszymi momentami może być szczęśliwy. Warunki potrafią wykrzesać z ludzi możliwość do przeżywania szczęścia nawet z najmniejszych rzeczy. Czasami nawet wystarczy świadomość, że na razie gorzej nie będzie.
Ludzie cierpią na miliony możliwych sposobów. A jednak chcą żyć dalej. Zadziwiające.
Kiedy myślę o tym, myślę o Bogu i o tym, że przez obserwację czy przeżywanie takich rzeczy czuję Jego obecność. Jakby stał przy tobie i klepał cię po plecach za każdym razem kiedy zdarzy się coś złego, mówiąc, że wszystko będzie w porządku. Albo - że tak ma być.
Mój pies to była najważniejsza istota na całej ziemi. Razem z nim rosłam i wychowywałam się. Miał silny charakter i był jak osoba, jak lustrzane odbicie obecnej mnie. Zachowywał się groźnie, czasami nawet agresywnie, nie lubił głaskania. Ale był wierny i co jakiś czas przez kilka minut potrafił być pełny ciepła. I przez te minuty wiedziałam, że jestem komuś potrzebna. Dlatego nienawidziłam jak chorował, nienawidziłam jego starości. Cierpienie fizyczne jest okropne, ale sto razy gorzej jest patrzeć jak to, co kochasz cierpi a ty nie potrafisz nic zrobić. Pies patrzy ci w oczy i szuka ratunku, ufa ci, bo odratowałeś go już od drzazgi w łapie, wyciągałeś kość z gardła, prowokowałeś wymioty kiedy się zatruł. A teraz niepotrafisz zrobić nic.
Kiedy jednak na minutę, godzinę czy dobę jest lepiej, to czujesz się najszczęśliwszy na świecie, jakby innego szczęście na świecie nie było, to jak smak wody na środku pustyni, jakbyś nigdy wcześniej nie pił tak wybornego napoju.
Przykład z psem może nie wydawać się najlepszy, ale zważywszy na to z jakim trudem przychodzi mi darzenie ludzi uczuciami, to ta miłość do stworzenia jest dla mnie rzeczą nadzwyczajną.
Właśnie, miłość.
To klepnięcie po plecach od Boga.
Uważam, że kto nie kochał- nigdy nie będzie potrafił docenić życia. Ani swojego ani tym bardziej kogoś innego.
A nie jest tak łatwo po prostu kochać. Nie jest wartość, którą promowano by w mediach. Czasami nawet miewam wrażenie, że tak naprawdę miłość występuje jedynie w filmach czy dziewiętnastowiecznej literaturze anglosaskiej. Ale ona po prostu jest, święcie w to wierzę i niech nikt nie próbuje wyprowadzać mnie z błędu. A co najważniejsze- nikt nie jest tak biedny by nie móc obdarzyć miłością ani nikt tak bogaty aby jej nie przyjąć.
Kocham na kilka sposobów- swoich rodziców, przyjaciół, psa i kanarka. I to mnie jak na razie trzyma przy życiu.
A jeszcze tak niedawno samotne zdychanie było tak realne i kojące.
Każdego dnia szukam nowych osób i rzeczy do kochania.
Dobranoc. Na pewno kogoś zabito o 02:58:12 2007-04-22 skomentuj (8)
*
Ej kurde. Niech ktoś mnie pokocha wreszcie. Co?
Gh. Na pewno kogoś zabito o 21:42:46 2007-03-26 skomentuj (4)